Pomysł tej wyprawy zrodził się pod koniec maja br., gdy doszliśmy z kolegami do wniosku, że nie podołamy finansowo i czasowo objechać Płw. Skandynawski. Po za tym nikt z nas nie był jeszcze w Pieninach czy Bieszczadach, więc czemu nie – no i co to za wakacje bez roweru! Tuż po obronie prac dyplomowych 06.07. (już jako inżynierowie) zabraliśmy się do przygotowań.

Z racji, że planowaliśmy część trasy przejechać szlakami górskimi, zaopatrzyliśmy się w dokładne mapy południowych regionów Polski. Zrezygnowaliśmy z przednich sakw, gdyż chcieliśmy zabrać ze sobą tylko niezbędne minimum (namiot, śpiwór, maszynka gazowa, ubrania, kilka kluczy). Z dość optymistycznym nastawieniem, mimo deszczowej aury, zasypialiśmy w przeddzień wyjazdu.

 

 

Dzień 1 (13.07.)

Planowaliśmy wyjazd o 9:00 ale z powodu deszczu ruszyliśmy z małym poślizgiem. Pierwszym sprawdzianem naszych tegorocznych możliwości bylo Rozdroże Kowarskie (787m.n.p.m.). Na szczęście bagaż każdego z nas nie był aż tak bardzo ciężki (ok. 15kg.), więc pierwszy podjazd nie był taki zły. Zjeżdżając do Miszkowic z przełęczy znowu zaczelo padać. Na szczęście po paru minutach przestało. W Lubawce przekroczyliśmy granicę z Czechami i kierowaliśmy się na Trutnov a dalej na Upice. Za Nachodem wjeżdżamy znów do Polski - do Kudowy Zdrój, skąd podążamy bardzo ruchliwa E67 do Polanicy. Był to dość długi i uciążliwy podjazd w „towarzystwie” wielu tirów (których chyba żaden rowerzysta nie lubi). W Polanicy skręcamy na południe i mijając malowniczo położone Nową i Starą Łomnicę docieramy do Bystrzycy Kłodzkiej. Nasz dzisiejszy punkt docelowy czyli Długopole Zdrój znajduje sie 7 km za Bystrzycą. Nie musieliśmy na szczęście rozbijać namiotu, gdyż przenocowaliśmy u naszej koleżanki ze studiów.

Etap 1 dystans: 163 km / czas jazdy: 6h55min / prędkość średnia: 23,6km/h / prędkość max: 62km/h

        

     

 

 

Dzień 2 (14.07.)

Wstaliśmy przed 8:00 i po śniadaniu i porannej toalecie ruszyliśmy w dalszą drogę. Tego dnia stało przed nami nie lada wyzwanie – wjazd rowerem z sakwami na Śnieżnik! (1425 m. n.p.m.). Dlatego na początku kręcąc noga za nogą dojechaliśmy do Międzygórza. Zwiedziliśmy tam piękny wodospad „Wilczki”. Potem niebieskim szlakiem ruszyliśmy w kierunku Schroniska PTTK „Na Śnieżniku” im. Zbigniewa Fastnachta, w którym byliśmy ok. 12:00. Po paru minutach odpoczynku i posilenia się „zaatakowaliśmy” szczyt. We mgle, prawie cały czas prowadząc rowery wdrapaliśmy się na Śnieżnik. Dalej czekał nas extremalny zjazd zielonym szlakiem po Czeskiej stronie i przeprawa przez blisko czterystumetrowe bagienko. Potem znów z górki szutrową drogą do Starego Miasta w Czechach. Tak nas tam wytrzęsło, że nawet lekko śruba z mojego bagażnika się obluzowała. Korzystając niestety z niezbyt dokładnej mapy kierujemy się na Branne a dalej do Jindrichov'a. W Zibridowicach i Horni Bohdikov czekały nas spore podjazdy. Dalo to nam trochę do myślenia nad głębszym sensem tego co robimy – czemu się na to decydujemy wiedząc co może nas czekać. Jednak chwilowe nieposluszeństwo ciała mija dość szybko. Z racji zbliżającego się zmierzchu rozbiliśmy namiot pod Rudolticami.

Etap 2 dystans: 85 km / czas jazdy: 5h15min / prędkość średnia: 16,2km/h / prędkość max: 54km/h

        

     

        

 

 

Dzień 3 (15.07.)

Obudził nas deszcz przed 6:00, jednak gdy wstaliśmy ok. 8:30 na szczęście nie padało. Na „dzień dobry” czekał nas dziesięciokilometrowy podjazd, po którym jak to zwykle bywa zjazd. Wszystko byłoby OK., gdyby nie mgła ograniczająca widoczność dosłownie do 50 m i jakieś 5 st. C ! Przejeżdżamy przez Rymarov i jedziemy na Bruntal. Zauważyliśmy, że Czesi dziwnie budują drogi – kilometr, dwa w dół, kilometr w górę (z nachyleniem 10-15%) - istna huśtawka. Takich „siodełek” mieliśmy tego dnia conajmniej 6. Po krótkim postoju na obiad ruszyliśmy na Opave a dalej na Ostravę, którą praktycznie minęliśmy drogą szybkiego ruchu. Fajnie się jechało „koło w koło” ale coś oszukiwali z dystansem na mapie – gdy myśleliśmy, że do Cieszyna jest jeszcze 10km ukazała nam się tablica 21 km. Dlatego rozglądaliśmy się już za jakimś miejscem na nocleg. Wzięliśmy prysznic na stacji benzynowej i opodal niej, na łące nocowaliśmy. To był udany dzień, choć zdarzały się chwile zwątpienia. Jutro znów w Polsce!

Etap 3 dystans: 139 km / czas jazdy: 5h35min / prędkość średnia: 24,9km/h / prędkość max: 69km/h

     

 

 

Dzień 4 ( 16.07.)

Początek kolejnego dnia wyprawy w dobrych nastrojach – śniadanko, pakowanie i ruszmy po 10:00. Droga do przejścia granicznego w Cieszynie trochę się dłużyła; chyba z powodu przeciwnego wiatru. Tuż po przekroczeniu granicy zaczepił nas starszy gość - też na rowerze - pytając czy czegoś nie potrzebujemy. Powiedział w szczegółach jak jechać, co zwiedzić itp. Dalej jadąc przez Dzięgielów i kierując się na Ustroń zagadnął nas kolejny kolarz – Krzysiek, mieszkaniec Ustronia. Zaprosił nas do siebie na ogród, gdzie przez blisko 2 godziny, popijając „bezalkoholowe” opowiadał o okolicy i wielu ciekawych rzeczach związanych z Beskidem Śląskim. Potem poprowadził nas wzdłuż Wisły do Ustronia Dobki, skąd już sami wdrapaliśmy się na niezłą górkę, z której widzieliśmy piękne wzgórza otaczające miasto. Zjechaliśmy do Wisły, gdzie zatrzymaliśmy się chwilę koło nieczynnej skoczni narciarskiej i na placu ratuszowym. Kilka kilometrów dalej pokonaliśmy kolejną przełęcz – Kubalonkę (761 m.n.p.m.). Dalej mieliśmy Istebną– wieś położoną na paru sporych górkach – przejazd przez nią był pod koniec dnia dość męczący. Z racji późnej pory (przed 20:00) rozbiliśmy namiot na małej łące między domami. Tego dnia poznaliśmy trudy i uroki (glównie widokowe) podróżowania po Beskidzie Śląskim. Wysokości i liczba wzniesień robiła duże wrażenie – byliśmy przy nich mali a chwilami nawet bezradni... to trzeba zobaczyć, przeżyć.

Etap 4 dystans: 83 km / czas jazdy: 4h22min / prędkość średnia: 18,5km/h / prędkość max: 67km/h

        

     

 

 

Dzień 5 (17.07.)

W nocy padało, nawet dość ulewnie. Ku naszej radości rano przywitało nas słońce. Jednak nie wyspani, z brakiem wiary we własne siły ruszylismy do Koniakowa. Tam na szczycie jednego z wielu okolicznych wzniesień spotkalismy „kolegę po fachu” – 40-letniego Pomorzanina, który z Przemyśla ruszył południową granicą Polski na zachód – mniej więcej naszą trasą, tyle że w przeciwną stronę. Po długim zjeździe jesteśmy w Milówce (z której pochodzą „Golce”). A tam kolejny zainteresowany i przyjazny nam człowiek. Przejechaliśmy z nim Węgierską Górkę, Cięcinę i Juszczynę. Gdyby nie on, pewnie byśmy trochę pobłądzili. Po jedzeniu znowu w górę na Krzyżową i dalej Przyborów, a od Kaszarawy „wspinaczka” na Przełęcz Klekociny (864 m.n.p.m.), na której znajdowala się Stacja Turystyczna – „Zygmuntówka”. Prowadziła do niej kamienista sciezka, przecinana wieloma strumieniami. Początek zjazdu z przełęczy też nie należal do łatwych – błoto i wiele luźnych kamieni. Dla bagażnika z sakwami to prawdziwy test wytrzymałości. W Wełczy wjeżdżamy na asfalt, potem Zawoja i kolejny podjazd – Przełęcz Krowiarki (986 m.n.p.m.) a zaraz za nią Przełęcz Lipnicka (1012 m.n.p.m.) skąd wiedzie kilka szlaków na teren Babiogórskiego Parku Narodowego jak i sama Babia Góra (1725 m.n.p.m.). Przy promieniach zachodzącego słońca, które nieźle nas dziś przypiekło, zawitaliśmy do Jabłonki. Rozbiliśmy się nad rzeką, a u mieszkających obok ludzi umyliśmy się i wypiliśmy kawę, rozmawiając przy tym z gospodarzem o naszej wyprawie. Byli to kolejni życzliwi ludzie których spotkaliśmy po drodze. No własnie co do tej drogi to dziś bywało różnie. Pokonując kolejną przełęcz staczaliśmy prawdziwą walkę ze sobą, ze swoim ciałem. Krecąc jak w transie korbą, myśli się tylko by dojechać, by zwycieżyć własne słabości. Za to uczucie na szczycie jest jedyne w swoim rodzaju...Nikt nie mówił, że będzie lekko.

Etap 5 dystans: 101 km / czas jazdy: 4h56min / prędkość srednia: 20,4km/h / prędkość max: 66km/h

        

        

 

 

Dzień 6 ( 18.07.)

Wstaliśmy po 8:00 raźni i wypoczęci, mając w perspektywie dojazd do Zakopanego. Po sytym śniadaniu, przy niezłym już ciepełku kierujemy się na Czarny Dunajec. Dalej Chochołów i Witów, w którym był chyba odpust, bo przez całą wieś były poustawiane stragany, do których cała szerokością jezdni podchodzili ludzie. Przed samym Zakopanym zaczeło padać. Przez około 2 godz. Kręciliśmy się szukając możliwości rozbicia namiotu. W końcu zdecydowaliśmy się na pokój za 25zł/os. (w tej samej cenie było pole namiotowe, więc wybór był oczywisty). Po wypakowaniu tobołków i porządnej kąpieli ruszyliśmy „w miasto”. Zamówiliśmy pizze i przechadzaliśmy się po Krupówkach. Po 40 minutach jedzonko było gotowe a my udaliśmy się na konsumpcję do parku. Żeby nie było za dobrze zaczeło padać. Po 18:00 odezwał się do mnie kumpel, który od 2 dni siedział w Tatrach. Wybraliśmy się na piwko, opowiadając jedni drugim przygody ostatnich dni. Po powrocie na kwaterę analizowaliśmy dalszą trasę: którędy, kiedy, po jakich górkach itp. Staneło na tym, że w Bieszczadach parę dni posiedzimy i odpoczniemy, więc do tego czasu po drodze nie ma co się oszczedzać (cóż za masochizm!). Jutrzejszy odcinek Szczawnica – Krynica zapowiadał się interesująco, ale nie ubiegajmy faktów.

Etap 6 dystans: 51 km / czas jazdy: 2h50min / predkosc srednia: 18km/h / predkosc max: 45km/h

     

 

 

Dzień 7 ( 19.07.)

Dobrze się spało, bo w końcu nie na karimacie, tylko na lóżku. Po wszystkich rannych ceregielach (mycie, śniadanko, pakowanie się) pojechaliśmy na skocznie narciarskie. Wokół Wielkiej Krokwi jak i pozostałych poruszały się setki ludzi! Z Zakopanego wyjechaliśmy po 12:00. Z górki, jak zwykle zatłoczoną „zakopianka” dojechaliśmy do Szaflar skąd odbiliśmy na Ostrowsko. W drodze mieliśmy półgodzinne oberwanie chmury, dzięki czemu „świetnie” jechało się w towarzystwie tirów 969-tką do Dębna. Nad Jeziorem Czorsztyńskim spotkaliśmy trzech wyprawowych „zółtodziobów”. Emanowali entuzjazmem w przeciwieństwie do nas. W Czorsztynie w towarzystwie wesołych Flisaków znad Dunajca, troszkę się posililiśmy i ruszyliśmy na Szczawnicę. Za Jaworkami jechaliśmy zółtym szlakiem, którego część wiodła przez Rezerwat „Biała Woda” w Paśmie Małych Pienin. Tamtędy naprawdę chciało się jechać – wyglądał on jak mini-kraina z baśni: wapienne skałki o stromych, niekiedy pionowych ścianach, między którymi płynie malowniczymi przełomami i bramami skalnymi potok. Na szczególną uwagę zaslugują także gatunki roślin wysokogórskich z okresu ostatniego zlodowacenia między innymi: dębik ośmiopłatkowy, pepawa Jacquina, konietlica alpejska. Rośliny te nie wystepują– oprócz Doliny Białej Wody – nigdzie w Pieninach. Koncówka szlaku wiodła stromo pod górę po pastwisku. Mijając znajdującą się w połowie podejścia bacówkę zaczeło padać i mocno grzmieć. Na Przełęczy Rozdziela, przy błyskawicach i strugach deszczu wyłoniły się dwa czworonogi a po chwili postać w czarnym płaszczu. Okazało się, że byl to jakis pasterz z owczarkami pasterskimi, ale w tej scenerii wygladali dość tajemniczo, żeby nie powiedzieć mrocznie. Dalsza droga (niebieskim szlakiem) nie przypominała wycieczki – podjazd błotnistą drogą a do tego strugi wciaż padającego deszczu. Byliśmy brudni, zmarznięci, przemoczeni; myśleliśmy tylko o tym, kiedy to się skonczy! Nie tak szybko jak się okazało. Z Przełęczy Gromadzkiej (931 m.n.p.m.) mieliśmy ostry zjazd prawie do Piwnicznej Zdrój a przy mokrej nawierzchni i z obciążeniem nie było to takie proste. W Piwnicznej zatrzymaliśmy się w pensjonacie ( 20zł/os.). Zanim doprowadziliśmy się do porzadku była już 21. Przy kolacji zastanawialiśmy się czy warto..? Trzeba liczyć się z wieloma trudnościami i wyrzeczeniami aby dana wyprawa zakończyła się sukcesem. W takich chwilach ważna jest psychika i umiejętność znalezienia dobrych stron – jednak tego wieczora jakoś trudno nam bylo uwierzyć w pozytywne aspekty wyprawy. Mieliśmy klasyczny kryzys.

Etap 7 dystans: 96,6 km / czas jazdy: 4h29min / prędkość średnia: 21,5km/h / prędkość max: 60km/h

     

     

 

 

Dzien 8 ( 20.07.)

Dobrze mówią, że sen regeneruje siły ale nie zmienia nastawienia do kolejnych kilometrów wyprawy. „Żeby nam sie chciało, tak jak nam sie nie chce” – z tymi słowami zaczęliśmy ósmy dzień podróży. Jednak po śniadaniu, widząc piękną pogodę z większym entuzjazmem podeszliśmy do sprawy. Przejechawszy na drugą stronę Popradu ruszyliśmy do Muszyny. Przed Tyliczem zjedliśmy troszkę rozmawiając przy tym już o celu wyprawy – Bieszczadach. Z Mochnaczki Niznej po betonowych płytach, które wcale nie były gorsze od tutejszych asfaltówek, dojechaliśmy do Izb. Potem drogą szutrową, zmieniającą się w blotne koleiny (mijając także obóz harcerski) przez Ropki docieramy do Hanczowa. Ten kto powie mi, że na Dolnym Śląsku są dziurawe drogi, każe mu tutaj przyjechać! Po drobnym przeoczeniu lądujemy w Uscie Gorlickie, skąd przez Smerekowiec jedziemy do Gladyszowa. Dalej uderzamy leśnym szuterkiem na Banice, gdzie nocujemy. Umyliśmy się w strumieniu a namiot rozbijaliśmy w towarzystwie zaciekawionego byczka. Jutro już będziemy w Bieszczadach – jakoś nie czujemy, że zbliżamy się do końca wyprawy. Ale chyba już wypaliliśmy się na tym wyjeździe. Wychodzi z nas zmęczenie, kolejne odcinki stają się rutynowe, przez co nie odczuwamy przyjemności podróżowania rowerem. Na szczęscie są to tylko chwilowe „objawy”.

Etap 8 dystans: 96,1 km / czas jazdy: 4h39min / prędkość średnia: 19,2km/h / prędkość max: 48km/h

        

 

 

Dzień 9 ( 21.07.)

Wstaliśmy już przed 8. W nocy jakieś zwierzaki grasowały wkoło namiotu. Około 10:00 przy mocno przyświecającym już słońcu ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy ominąć Wołowiec, jednak tutejsze oznaczenia nie pozwoliły nam na to. Więc po przejechaniu wspomnianej wsi wjeżdżamy na kamienistą drogę, którą po paru kilometrach zmieniła się w dwie koleiny z mnóstwem błota i trawskiem po środku. W takiej scenerii wjechaliśmy na teren Magurskiego Parku Narodowego. Gorąco jak w dżungli, mokro, błotniscie, wiele przepraw przez potok no i te owady – istne Camel Trophy. Przed Nieznajowa spotkaliśmy wędrowca, który dokładnie powiedział jak kierować się Swiątkowa i Kotan. W Krpnej zrobiliśmy małe zakupy i nad rzeczką zjedliśmy obiad. Od zachodu toczyła się ku nam ogromna granatowa chmura – nie wróżyła nic dobrego. Za miejscowoscią Polany mieliśmy podjazd strasznie dziurawą drogą a od Mszany do Tylawy zjazd „nie remontowaną drogą” – jak oznajmiał znak - paranoja! W Tylawie wjechaliśmy na 897, która gnaliśmy na Komancze. Jednak wcześniej wspomniana chmura dawała o sobie znać. Mocno wiało i grzmiało, wiec na fajnym parkingu przed Moszczancem chcieliśmy przeczekać nadchodzącą burzę. Ale zaniosło się na dobre, dlatego postanowiliśmy się już rozbić. Zastanawialiśmy się co z powrotem. Przypominaliśmy sobie kolejne dni wyprawy, chwile entuzjazmu, złości czy zrezygnowania.

Etap 9 dystans: 61 km / czas jazdy: 3h18min / prędkość średnia: 18,5km/h / prędkość max: 64km/h

        

  

 

 

Dzień 10 (22.07.)

Im bliżej końca, tym człowiek chyba mniej snu potrzebuje, bo wstaliśmy przed 8:00. Marek podjechał do wioski na zakupy, ja zaś wziąłem się za pakowanie. Już śniadaniu towarzyszyły rozmowy o dziewięciu poprzednich dniach – uważnie czytając sami powiecie, że sporo się działo. Ruszyliśmy w drogę ok. 10:30. W Komanczy zrobiliśmy (jak zwykle) małe zakupy. Wysłaliśmy także kilka kartek do znajomych. Chcieliśmy wyjechać za miasto, by gdzieś nad wodą się posilić. Jednak kolejne wioski ciągnęły się jedna za drugą. Po drodze mieliśmy nawet 3 kilometrowy podjazd z fajnymi serpentynami. Przypomniało nam się na koniec wyprawy na czym cała zabawa polega. Jak się później okazało, zatrzymaliśmy się nad rzeką przed samym Zagórzem. Pospaliśmy trochę i jak zwykle wracaliśmy myślami do minionych etapów. Dowiedzieliśmy się także, że Armstrong niechybnie sięgnie po szóste zwycięstwo w Wielkiej Pętli. Okolo 17:00 noga za nogą ruszyliśmy do celu naszej wyprawy – Zagórza, skąd pociągiem mieliśmy wrócić do domów. Rozłożyliśmy się na trawce w parku i znów pogrążyliśmy się w rozmyślaniach. Do pociągu załadowaliśmy się pół godziny przed planowym wyjazdem, który miał nastąpić o 22:01. Przez to, że nie było wagonu bagażowego wprowadziliśmy rowery do przedziału, a sami połozyliśmy się spać. To była najlepsza podróż koleją– cały przedział na nas dwóch i rowery! We Wrocławiu byliśmy o 8:35 i po przesiadce ruszyliśmy do Jeleniej Góry.

        

 

 

Epilog

Chyba tylko ludzie podróżujący na rowerach są w stanie zrozumieć i docenić przeżycia związane z tego typu wyprawą. Przejeżdżając dziesiątki czy setki kilometrów dziennie, nocując w różnych miejscach, czujemy się jak zdobywcy, wręcz odkrywcy. Często towarzyszą nam chwile euforii, gdy np. dojedziemy do znanego czy zdawać by się mogło niedostępnego dla rowerzysty miejsca. Ogromna przyjemność sprawia także życzliwość spotkanych po drodze ludzi, niekiedy ich podziw dla naszych osiągnieć, poświęceń. Ale nieodłączną częścią takiej wyprawy są walka, trud, upór. Staramy się za wszelką cenę przekroczyć bariery, ograniczające nasze ciało – jego fizyczne możliwości. Myślę, że próżno by tu było wymieniać trudne i długie podjazdy, upał, deszcz – tego trzeba doświadczyć i na swój własny sposób przeżyć. Dlatego przez całą drogę człowiek dużo rozmyśla, stawia sobie wiele pytań. Czemu to robimy? Czy może wyznaczamy sobie jakiś cel czy punkt odniesienia? A może chcemy sobie lub komuś coś udowodnić? Kolejne dni wyprawy odpowiadają na te myśli, lecz również skłaniają do kolejnych rozważan. Na końcu wszystkie chwile zwątpienia, słabości idą w niepamięć – człowiek już myśli gdzie w przyszłym roku się wybierze. To jest właśnie najpiękniejsze... I love this game!

 

 

 

 

 

 

PATRONI MEDIALNI:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WEBMASTER - Szymon Zapart
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE ©